poniedziałek, 28 grudnia 2015

Szary człowiek

Winda, po­wta­rzam sobie, to świet­na rzecz. Jest mnó­stwo po­wo­dów, by się nimi za­chwy­cać.
Po­dró­żu­jąc w po­zio­mie, za­wsze wiesz, dokąd tra­fisz.
Prze­miesz­cza­jąc się w pio­nie, mo­żesz zna­leźć się gdzie­kol­wiek.
Kie­run­ki są niby tylko dwa, dół i góra, ale nigdy nie wia­do­mo, co zo­ba­czysz, kiedy drzwi windy się otwo­rzą. Bez­kre­sne biu­ro­we zoo z urzęd­ni­ka­mi w klat­kach, sie­lan­ko­wy pej­zaż z bez­tro­ski­mi pa­stusz­ka­mi, fermy sza­rań­czy, han­gar z sa­mot­ną, zmur­sza­łą ka­te­drą No­tre-Da­me, śmier­dzą­ce slum­sy, w któ­rych na jedną osobę przy­pa­da trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzch­ni miesz­kal­nej, basen na brze­gu Morza Śród­ziem­ne­go czy zwy­kła plą­ta­ni­na cia­snych ko­ry­ta­rzy tech­nicz­nych. Pewne po­zio­my są do­stęp­ne dla wszyst­kich, na in­nych windy nie otwie­ra­ją swo­ich drzwi przy­pad­ko­wym pa­sa­że­rom, o jesz­cze in­nych nie wie nikt oprócz pro­jek­tan­tów wie­żow­ców.
Wie­żow­ce są wy­star­cza­ją­co wy­so­kie, by prze­bić się ponad chmu­ry, a ich się­ga­ją­ce głę­bo­ko pod zie­mię ko­rze­nie są jesz­cze dłuż­sze. Chrze­ści­ja­nie prze­ko­nu­ją, że w wie­żow­cu, który wy­bu­do­wa­no na miej­scu Wa­ty­ka­nu, ist­nie­ją windy kur­su­ją­ce do Pie­kła i z po­wro­tem oraz takie, która wiozą bo­go­boj­nych pro­sto do Raju. Tu przy­ci­sną­łem jed­ne­go księ­żul­ka, i spy­ta­łem, po co w tak bez­na­dziej­nej sy­tu­acji dalej tu­ma­nić ludzi. Wci­ska­nie komuś, że dusza jest nie­śmier­tel­na, jest w dzi­siej­szych cza­sach ska­za­ne na po­raż­kę. Prze­cież już od dawna nikt tej duszy nie używa!

 Chrze­ści­jań­ski raj to za­pew­ne taka sama po­nu­ra dziu­ra, jak Ba­zy­li­ka Świę­te­go Pio­tra: zero ludzi i wszę­dzie na palec gruba war­stwa kurzu. Księ­żu­lo za­czął się mio­tać, za­pisz­czał coś o spo­so­bach na do­tar­cie do ma­so­we­go od­bior­cy - że niby na­le­ży mówić do wier­nych ich ję­zy­kiem. Trze­ba było po­ła­mać palce temu szar­la­ta­no­wi, żeby nie było mu tak łatwo się że­gnać.

Szyb­ko­bież­ne windy wjeż­dża­ją na ki­lo­me­tro­wą wy­so­kość do­słow­nie w kilka minut. Więk­szo­ści ludzi ten czas wy­star­czy aku­rat, żeby obej­rzeć spot re­kla­mo­wy, po­pra­wić fry­zu­rę albo upew­nić się, że nic nie utkwi­ło im mię­dzy zę­ba­mi. Więk­szość ludzi nie zwra­ca uwagi ani na wnę­trze, ani na roz­miar ka­bi­ny. Więk­szość ludzi nawet nie zdaje sobie spra­wy, że winda do­kądś zmie­rza, cho­ciaż przy­spie­sze­nie ści­ska wnętrz­no­ści i zwoje mó­zgo­we.
Zgod­nie z pra­wa­mi fi­zy­ki po­win­no też, choć odro­bi­nę, kom­pre­so­wać czas. Ale za­miast tego każda chwi­la, którą spę­dzam w ka­bi­nie windy, pęcz­nie­je, puch­nie…
Po raz trze­ci pa­trzę na ze­ga­rek. Ta cho­ler­na mi­nu­ta w ogóle nie chce się skoń­czyć! Nie­na­wi­dzę ludzi, któ­rzy za­chwy­ca­ją się win­da­mi, i nie­na­wi­dzę ludzi zdol­nych, jakby nigdy nic, wpa­try­wać się w ka­bi­nach we wła­sne od­bi­cie. Nie­na­wi­dzę wind i tego, kto je wy­my­ślił. Co za sza­tań­ski po­mysł - za­wie­sić nad prze­pa­ścią cia­sne pu­deł­ko, we­pchnąć do środ­ka ży­we­go czło­wie­ka i po­zwo­lić tej skrzyn­ce de­cy­do­wać, jak długo trzy­mać go w za­mknię­ciu i kiedy wy­pu­ścić na wol­ność?!
Drzwi wciąż ani myślą się otwo­rzyć; co gor­sza ka­bi­na nawet nie ma za­mia­ru zwal­niać. Tak wy­so­ko nie za­wę­dro­wa­łem chyba w żad­nej wieży.
Ale wy­so­kość mi zwisa, nie mam żad­nych pro­ble­mów z wy­so­ko­ścią. Mogę sobie stać na jed­nej nodze na szczy­cie Eve­re­stu, tylko żeby mnie wy­pu­ści­li z tej prze­klę­tej trum­ny.
Nie wolno o tym my­śleć, bo za­brak­nie mi po­wie­trza! Jak znowu po­grą­ży­łem się w tych grzą­skich re­flek­sjach? Prze­cież tak przy­jem­nie mi się roz­my­śla­ło o po­rzu­co­nej Ba­zy­li­ce Świę­te­go Pio­tra, o szma­rag­do­wych to­skań­skich wzgó­rzach wcze­snym latem… Za­mknąć oczy, wy­obra­zić sie­bie wśród wy­so­kiej trawy… Stoję w niej po pas… Wszyst­ko jak w po­rad­ni­ku… Wdech… Wy­dech… Zaraz się uspo­ko­ję… Zaraz…
Tylko skąd ja mam wie­dzieć, jak to jest stać po pas w ja­kiejś pie­przo­nej tra­wie?! Nigdy nie wi­dzia­łem jej bli­żej, niż z od­le­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków, nie li­cząc oczy­wi­ście syn­te­tycz­nych traw­ni­ków!
Po co zgo­dzi­łem się wjeż­dżać tak wy­so­ko? Po co przy­ją­łem za­pro­sze­nie?
Cho­ciaż za­pro­sze­niem to trud­no na­zwać.

4 komentarze: